HEJ HELOŁ!
Witaj człowieku piękny i niesamowity, witaj ponownie na moim blogu. Na ten wpis czekałam dokładnie rok czasu, iż właśnie dziś mija 365 dni odkąd po 17 latach w Holandii wróciłam do Polski. 

Niestety tutaj tak odrazu do celu przejść nie mogę. Czuję pełną parą chęć i potrzebę podzielenia się najpierw swoją, indywidualną historią, bo wiem, że to jej elementy miały wpływ na moją decyzję, która budowana była przez lata. Dlatego też pamiętajmy: każdy ma swoje własne przeżycia, priorytety i takie tam. Każdy ma swoje życie, więc ten blog napewno nie jest po to, by przekonywać Cię do powrotu do Polski czy wyjazdu do Holandii. Sam/sama wiesz najlepiej czego chcesz od życia. A ja pozwolę sobie podzielić się teraz swoją historią.
No dobra, jedziemy. Zapnij pasy, się przygotuj, trochę tego jest.
JA W HOLANDII
Do Holandii wyjechałam w wieku 13 lat. Jako nastolatka uczęszczałam bezpośrednio do szkoły holenderskiej. Nie znałam wtedy ani języka, ani mentalności, w sumie to nie wiedziałam o Holandii nic. Jednak w ciągu roku udało mi się wbić trochę w świat Holendrów, dzięki czemu jakoś sobie zaczęłam radzić. Bunt nastolatki oczywiście nie do końca ułatwiał mi sprawę ale, no wiecie, dla muszącego i w końcu też chcącego nic trudnego 🙂

Po kilku latach doszło do momentu w którym musiałam wybrać swój przyszły zawód, a ja – jak to ja, zorganizowałam sobie trochę szukaniny, dołożyłam sobie roboty wręcz. Nie potrafiłam zgadnąć kim jestem, co na tej planecie robię i czego chcę. Od pracownika socjalnego po fotografię, wideo po organizowanie eventów, produkcję koncertów aż do psychologii, zahaczając o wybory Miss Poland In Holland, pisanie artykułów i recenzji po tworzenie własnej muzyki. Jeden z wniosków który można tutaj wyciągnąć: interesują mnie ludzie-ludziska, kocham scenę, uwielbiam tworzyć. Tak, dokładnie, to jest jedna część mnie, jest jeszcze druga ale o tym za chwilę.

POPACADEMIE

Ta pierwsza część znalazła swoje miejsce w Akademii Pop’u w Rotterdamie (Popacademie). Po roku myślenia co dalej odważyłam się zawitać na audycji do tej szkoły z własnymi piosenkami, które pisałam w domu, nie znając nawet dobrze akordów na gitarze.. w sumie to nie wiedząc nic, trochę tak o, no wiecie, na wyczucie. O dziwo się do tej szkoły dostałam, na kierunek Singer-Songwriter (pisaczka piosenek) i o dziwo tą szkołę skończyłam. Na całe szczęście tutaj język niderlandzki miałam już na tyle opanowany, by móc się przemądrzać i poprawiać błędy innych (czytaj Holendrów). Przemądrzania na moje własne szczęście się z czasem oduczyłam, bo to takie nie fajne w sumie – doszłam do wniosku.

TELENOWELA
Teraz uwaga, bo jeszcze nigdy wcześniej chyba tak publicznie nie mówiłam o moim życiu miłosnym więc przygotujcie się również na kawałek telenoweli.
W Popacademie poznałam gościa, takiego w którym wtedy się zakochałam, on we mnie też. Pisaliśmy razem piosenki, graliśmy razem koncerty, stworzyliśmy zespół, nasze głosy pasowały idealnie do siebie, wszyscy podziwiali i przeżywali nasze związkowe wzloty i upadki – no historia jak z filmu. I tutaj zależy jaki film mamy na myśli, bo jeśli myślisz czytaczu teraz o takim gdzie w końcu wszystko się pitoli i szczęśliwego końca nie ma, to się nie mylisz. No właśnie. Ledwo co tą szkołę skończyliśmy i… się spitoliło. Mieliśmy razem zamieszkać, były plany. Jednak się okazało, że nasze wizje były nieco inne, zaczęły się kłótnie, zaczęło się..no wiesz, pitolić, aż doszło do rozstania.

Ja właśnie wtedy zdobyłam mieszkanie, na wynajem takie. Ale byłam sama, już nie było szkoły, nie było gościa, nie wiedziałam co teraz. Miałam co prawda kilka koncertów tu i tam, ale poza tym nie wiedziałam kompletnie co teraz, co dalej. Męczyłam się trochę stanami lękowymi, depresją, atakami paniki, chodziłam na terapię. A na byłego byłam bardzo wkurzona, jednak on o tym wiedział i nawet sobie z tego żartowaliśmy więc na zdjęciu poniżej widać mnie w akcji podczas koncertu, który grałam razem z nim 🙂 Tak pół żartem, pół serio, ofkors.

LADY PANK & MYPOLACY.NL
Pewnego dnia, siedząc z tym zrezygnowaniem, przewijając Facebooka w kółko, rzuciło mi się w oczy coś takiego: Lady Pank w Holandii. Wiem, wiem, jeśli już mnie znasz – wiesz, że uwielbiam wspominać i zachwycać się tym wydarzeniem. Ale zrozum teraz właśnie dlaczego. Już mówię.
Postanowiłam napisać do organizacji koncertu, jak i do menadżerów Lady Pank z pytaniem czy nie mogłabym supportować (zagrać kilka piosenek przed ich koncertem) zespołu w Hadze. Taka zrezygnowana, niewiedząca co dalej, tak o sobie napisałam, z myślą że i tak mnie oleją. A tu nie. Nagle dostałam zielone światło. Kilka chwil później mogłam ogłosić to oficjalnie na social mediach i w ogóle gdzie tylko chciałam. Skakałam z radości niczym Małysz, tylko że tak bardziej w domu, we wszystkie ściany wlatywałam dosłownie. To było to pierwsze coś co mnie na nogi postawiło. W końcu jakiś cel!
W międzyczasie, jeszcze przed zielonym światłem koncertu, dostałam propozycję by pisać blogi na stronie mypolacy.nl, w języku polskim. A to też było niezłe wyzwanie, iż bardzo długo po polsku nie pisałam. Więc te dwa fakty, te dwa wyzwania złożyły się razem we właściwym momencie, tak jakoś. Uratowały mnie od deprechy i doła.

ADRENALINA

Teraz pytaniem było jeszcze: skoro mam grać tam z Lady Pank i pisać blogi dla Polaków w Holandii – czy nie pasowałoby spróbować chociaż napisać jednej piosenki po polsku? ‚No, Ty to masz łeb, Sylwia’ – pomyślałam. Postanowiłam też nie robić nic na siłę: napisałam piosenkę prosto z serca, a nawet prosto z klatki piersiowej bym powiedziała. Dosłownie bez żadnych kwitnących kwiatów, politycznych wątków, bez pachnącego morza czy tam nieba bez gwiazd. Napisałam kawałek pt. ‚Adrenalina’ w którym tak naprawdę nie mam na myśli adrenaliny przed koncertem. Chodziło o moje stany lękowe. O zwykłe wyjście do sklepu, które było dla mnie przeżyciem niczym wizyty w dżungli.

I tak pisząc tą piosenkę, przeżywając jakąś niesamowitą ulgę, poczułam w końcu to co czuć powinnam od dawna. Prawdziwą siebie. Się okazało, że pisanie piosenek po polsku bardziej mnie dotyka, że to to. Po prostu to coś, czego mi długo brakowało. W Popacademie już wcześniej mi to doradzano, bo podobno język z którym się człowiek wychował najbliżej naszych serc leży, czy jakoś tak. I że wtedy najlepiej wyrażamy swoje uczucia. Tak mi tłumaczono, lecz uparty mój łeb tego nie lykał. Musiałam sama złapać ten moment.

KWITNĘ – KWIATĘ JESTĘ
Rozkręcając się powoli w powrocie do własnych korzeni, w wyzwaniach muzycznych, technicznych, blogowych postanowiłam pojechać do Polski na kilka tygodni. Zaczynała się wiosna, wszystko zaczynało kwitnąć, ja też.
Będąc u Babci trzaskałam piosenkę po piosence. Piosenki zaczęły się tu i tam ludziom podobać, dzięki czemu dostałam dodatkowego kopa by działać dalej. To było niesamowite, bo pierwszy raz odważyłam się pisać po polsku, do tego taka prawdziwa ja w tych kawałkach sie odzywała. A to jednak się chyba czuje jako słuchacz. No i ja też to czułam jako twórca. Piekne uczucie.

Mój organizm zapomniał sobie o lękach i panikach – byłam jak nowonarodzona, odżyłam. Już normalnie do sklepu mogłam iść, do ludzi trochę, na miasto. Wyjeżdżałam kilka razy do Warszawy. Tam też spotkałam się na herbatce z Muńkiem Staszczykiem, również jemu spodobały się moje kawałki. Trochę mi doradzał, ale ja w końcu uparcie nie posłuchałam, bo wolałam żyć w marzeniach i czekałam na cud. I powiem Ci, czytaczu, że nie żałuję. Bo ta historia jest taka, nie inna, zwyczajnie tak.

Jedna konkluzja przyszła mi wtedy na myśl: w Polsce jestem lepszą wersją siebie. Może to dlatego, że jestem naprawdę u siebie, w miejscu gdzie się urodziłam i wychowałam? A może dlatego, że rodzina jest blisko i człowiek jakoś pewniej się czuje? Poczekaj, zaraz do tego wrócę, bo jeszcze kawałeczek historii nam zostało.
Teraz uwaga, uwaga! Mimo, że miałam wtedy już postanowione, że w Polsce zostaję (pisałam o tym nawet na blogu na mypolacy.nl), zdecydowałam się jednak jeszcze dać sobie ostatnią szansę w Holandii. Dlaczego? Już mówię.
ACH, WTEDY PRZYSZŁA MIŁOŚĆ
Nagrywając dalej piosenki u Babci, powoli kończyły mi się tematy, bo nic poza nagrywaniem i spokojem się nie działo a to dla mnie wtedy było takim artystycznym killerem. Więc ta wena powoli uciekała. Aż los w końcu zesłał mi… Tytusa.
Z Tytusem znaliśmy się jeszcze – tak bardziej z widzenia – z podstawówki i gimnazjum. Był to chłopak, który mi się podobał, jednak na serio – jak nikt inny, zawstydzał mnie. Gdzie ja z natury gadułą byłam i jestem, to na widok Tytusa w szkole uciekałam, by nie zobaczył mej pomidorowej głowy. Po rozmowach teraz- w tej przyszłości – wyszło, że on miał podobnie ze mną.
Na zdjęciach my – jako dzieci. Tacy nie wiedzący jeszcze, że razem będziemy, ale znający się wzajemnie.

No i kiedy ja z już ogromnym postanowieniem w Polsce miałam zostać i pracy szukałam i nic, kompletnie nic nie wiedziałam jak to wszystko w Polsce działa, Tytus również przyjechał z Islandii do domu rodzinnego. I tak się złożyło, że jego tata i moja babcia do tej samej grupy twórców należeli. Więc siedząc pewnego dnia pod słynną, drewnianą chatką (dawniej domem – teraz miejscem artystycznym, wręcz galerią/studiem bo wszyscy tu obrazy malowali i muzyką żyli) z jego rodzicami na kawce, pojawił się on. Ten cały Tytus. A mi udało się tym razem zachować zimną krew i nie uciekać 🙂

W sumie wtedy jeszcze zakochana tak odrazu nie byłam, on też nie. Wstydliwość z podstawówki nam przeszła, normalnie gawędziliśmy sobie o wszystkim i niczym. Zaprosiłam go w pewien dzień do.. dentysty. Sama się dentysty bałam, więc pomyślałam, że mój stary-nowy kumpel Tytus zechce być tak miły, by mnie wesprzeć w tej trudnej, życiowej chwili. Się zgodził, poszliśmy później coś zjeść i tak już…zostaliśmy razem do dziś.

Wielka miłość się narodziła, było lato, takie niby beztroskie. Ale musieliśmy szybko decydować, iż od początku w związki na odległość nie wierzyliśmy. Co teraz, co dalej? Polska, Islandia czy Holandia? Wyboru trochę mieliśmy. W końcu na zamieszkanie razem w Holandii padło. Ja postanowiłam dać sobie w Holandii jeszcze jedną szansę, Tytus był otwarty by poznać nowy kraj. A więc marząc tak naprawdę o własnym domku na wsi, gdzie oboje artystycznie działamy – ja żyjąc nagrywaniem piosenek, on tworząc z drewna, musieliśmy się wstrzymać, pomyśleć realnie, zrobić krok w tył i spaść na ziemię. Razem ruszyliśmy w stronę Holandii, gdzie ja na całe szczęście miałam jeszcze to swoje mieszkanko. W tym mieszkanku, w bloku w Dordrechcie sobie zamieszkaliśmy, będąc oboje pewni, że razem przyszłość zbudujemy. I tak się stało. Chwilę później nawet zrezygnowaliśmy z naszych wcześniejszych marzeń i postanowiliśmy się zdecydować na założenie rodziny.

RODZINA

Ciążę i te moje hormony jakoś razem przetrwaliśmy. W trzecim miesiącu zdążyłam jeszcze supportować polski zespół Perfect w Hadze a w siódmym miesiącu zorganizowałam własną imprezę w Dordrecht, w stylu Polskiego Rocka, gdzie sama za DJ’a robiłam. Przez całą ciążę miałam ogromne wsparcie od Tytusa. Tym bardziej, że podczas ciąży nagle powróciły moje stany lękowe. Znów trafiłam do terapeuty i tutaj dopadł mnie dodatkowy strach: jak zaraz będę mamą, to przecież nie mogę się bać wyjść z domu, nie chcę przekazać tego lęku swojemu potomkowi, nie tego chciałam go uczyć.

W końcu przyszedł ten dzień: urodził nam się synek. Ze względów medycznych, czyli dlatego że ledwo co byłam jeszcze na tym świecie i coś urodzić nie mogłam, lekarze podjęli decyzję: cięcie cesarskie. No dobra, wyjścia nie miałam, urodzić trzeba było. Ciśnienie skoczyło mi na 200-coś tam, gorączkę miałam i jeszcze jakieś tam komplikacje (oszczędzę Wam szczegółów). Jakoś mnie tam ratowali, mało co pamiętam bo w szoku byłam. Jednak pamiętam jedno bardzo dobrze: ten pierwszy dźwięk tego malutkiego człowieczka. Przecudowne to.

Kiedy już oficjalnie zostałam mamą, a Tytus też ledwo co żyjący tatą, okazało się, że mam ciężķą anemię, przez co przez jakiś czas nie mogłam jeszcze wstać i funkcjonować. Wszystko spadło na Tytusa: nie znał jeszcze języka, pracował po 13 godzin dziennie, po nocach wstawał ze mną do Benia, jakoś razem się Benkiem zajmowaliśmy po prostu. I to wtedy nas do siebie bardzo zbliżyło, w końcu zaczęliśmy się więcej śmiać, byliśmy jeszcze bardziej drużyną. To wtedy zrozumiałam, co jest najważniejsze w życiu, przynajmniej dla mnie: bliscy, rodzina, miłość i zdrowie. Nie żadne wydawanie płyty czy coś tam. To zawsze można dodatkowo sobie realizować. Nagranie piosenki – owszem – da mi megauczucie, wyrazi moje emocje. Ale nie da mi tego magicznego uczucia miłości, które mam od i do Tytusa i Benka. I to jest ta druga część – o której wcześniej wspominałam. Ta część mnie – emocjonalna taka.

KRYZYSOWY CZAS
Po pokonaniu tej całej anemii barszczem czerwonym (no dobra, też lekami i badaniami ale to tak coolowo brzmiało w mojej głowie), życie codzienne stawało się coraz spokojniejsze, ale i nie. Otóż tutaj też trzeba spaść trochę na ziemię: czy to w Polsce czy za granicą – wszędzie wszystko drożeje a przy tylko jednej pracującej osobie bywa ciężko finansowo. Wiele osób myśli, że przecież za granicą się na euro śpi (no ok, w przypadku pewnego biura pracy tak było – na paletach euro się spało) i że w ogóle, no wiecie, że wszyscy Polacy za granicą w Coco Chanel się ubierają i limuzyną się wożą. No i może też są tacy ludzie, ale my to raczej tak normalnie sobie żyliśmy, coś tam czasem udało się odłożyć i było spoko. Ja nawet pokonałam znowu swoje paniki i te sprawy i funkcjonowałam już normalnie. Powróciłam na pół etatu do mojej stałej sali koncertowej, gdzie organizowałam eventy, Tytus dostał stały kontrakt. I tak sobie żyliśmy życiem codziennym, coraz bardziej wracając myślami i rozmowami do tego, czy my naprawdę na stałe w Holandii chcemy żyć. W sumie, wbrew pozorom, żyliśmy i tak od pierwszego do pierwszego. Do tego trafiło się kilka sytuacji jak np. ta, w której firma dostawcza od prądu i gazu jakiś tam błąd techniczny zrobiła i naliczyła nam za dużo do zapłaty. Starałam się to odkręcić i pewnie gdybym zdobyła adwokata to sąd przyznałby mi rację, ale nie miałam na to siły, zapłaciliśmy po prostu. Chwilę później dentysta skierował nas oboje do chirurga szczękowego. Mieliśmy zapłacić oboje po okolo €400, ale po zapłaceniu mieli nam to zwrócić. Mimo, że ze złości nagłośniłam sytuację na social mediach, i tak tej kasy nie zobaczyliśmy. Gdybyśmy wcześniej o tym wiedzieli, moglibyśmy przecież pojechać do Polski i iść prywatnie, albo poszukać w Holandii innego dentysty, który skierowałby nas do szpitala, a nie prywatnej kliniki. Ale zaufaliśmy temu, miało być ok, no cóż. Ale wróć, nie o to mi konkretnie chodziło, pamiętajmy też, że w Polsce również takie jaja się zdarzają więc odpowiem odrazu na męczące Cię w tej chwili pytanie: nie, nie przez dentystę wróciłam do Polski i nie – nie jest tak, że odrazu cała Holandia mi przez to zbrzydła 🙂 Po prostu wszystkie te i jeszcze inne pierdołki skumulowały się w jedną całość – dopadł nas lekki, że tak powiem, kryzys finansowy. I nie, też nie przez kryzys do Polski wróciliśmy. Chociaż był on początkiem nowego życia i grał w tej historii rolę schodka w pewnym kierunku.

Ponieważ te wszystkie pierdołki kumulujące się w jedno musiały być spłacone, wpadliśmy w błędne koło. Tytus znalazł nową pracę, żeby więcej zarobić, ja też szukałam sposobów jak z tego koła wyjść. Bo na chwilę obecną, a tym bardziej tak całkiem w ciemno do Polski nie chcieliśmy wracać.

CO JA ROBIĘ TU, CO JA TUTAJ ROBIĘ
Pewnego, jednego momentu nie zapomnę. Otóż, jak wspominałam, trafiliśmy w to błędne koło i raz było lepiej, raz gorzej, jakoś sobie radziliśmy. W pewnym momencie trafiła się taka sytuacja: do wypłat zostało jeszcze kilka dni, a nam zostało dosłownie €3 na koncie. Na pierwszym miejscu był oczywiście Benek więc w pampersy, mleko i te sprawy udało nam się zaopatrzyć, w sumie to zakupy też były zrobione więc jedzenie mieliśmy. Brakło tylko kilku rzeczy i tu, idąc do sklepu, musiałam decydować co za to całe €3 kupię. Kreatywność ma mnie nie zawiodła i za €3 udało mi się kupić trochę rzeczy na kilka śniadań (jak np. płatki owsiane za 29 centów i chleb za €1) i do tego małą paczkę ziemniaków. Ło matko i córko, teraz, pisząc o tym jeszcze bardziej do mnie dociera ale wtedy pierwszy raz dotarło, a raczej uderzyło, kiedy z owych zakupów wracałam. Na środku chodnika się zatrzymałam i w złości, sama do siebie w myślach krzyknęłam:
‚Noż k**wa!’ (przepraszam za wulgaryzmy, ale tylko tak mogę to opisać) ‚Czyli mieszkam w Holandii tyle lat, język znam, tą całą karierę eventowo-kulturową i koncertową robię już 10ty rok, tyle w to czasu i energii zainwestowałam że nic innego przez te lata się nie nauczyłam. Tytus też tyra ile może, Benek ma tylko nas bo rodzina daleko. Po co mi ta Holandia? Co ja jeszcze robię za granicą? Taką biedę to i w Polsce mogę klepać!’
Zrezygnowana przyszłam do domu i powtórzyłam te myśli Tytusowi. Z tego co pamiętam to na drugi dzień miałam urodziny, a nas nawet na tort nie było stać. Tutaj przyszedł właśnie wtedy ten moment refleksji: do Polski jeszcze tak o nie mogliśmy wrócić, wahaliśmy się w sumie jeszcze. Bo może by tak zmienić trochę kierunek, odratować to, zmienić pracę i będzie git? Taką opcję oczywiście że mieliśmy, przecież wszystko zależy od nas samych. Przecież ja też mogłam iść na inne studia, a nie zdobywać dyplom Singer/Songwriter który da mi dopiero miliony jak – za przeproszeniem – gołą dupę w mediach pokażę jak Godlewskie. A tego nie miałam zamiaru odwalać. Mogłam więc skończyć Psychologię, na przykład. Ale co mi te wyrzuty sumienia w tym momencie miały dać? Przeszłości i swej historii nie zmienię. Mogłam zmienić tylko przyszłość. Więc trochę łbem ruszyłam, bo musiałam. Zaczęłam więc skupiać się na tym co potrafię, a nie na tym czego nie potrafię.

HOLENDRZYĆ KAŻDY MOŻE?
Przypomniałam sobie o pomyśle, który miałam w głowie już kilka lat wcześniej: lekcje języka niderlandzkiego poprzez muzykę. W sensie, że spotykam się z ludźmi, którzy języka chcą się uczyć, gdzie ja z gitarą w ręku, na żywo miałam grać piosenki, które specjalnie pod ten projekt napiszę. No i więc zaczęłam coś próbować, najpierw nagrywać, tak dla siebie, żeny później na żywo dobrze to przekazać innym. Ogłaszając się na facebookowych grupach, w poście zaznaczyłam, że mam też nagrania audio, jeśli ktoś nie ma czasu na lekcje indywidualne, to może sobie moich nagrań posłuchać. I tutaj zaczął się wielki bum. Tutaj zaczęła się przełomowa chwila.
Początkowo myślałam, że ten pomysł jest do kitu i że ja jestem przecież za kiepska do takiego czegoś. Kiedy więc dodałam post i przez pierwsze kilka dni nikt się nie odzywał, czułam zrezygnowanie w tej sprawie i ostro myślałam nad planem B, planem C, D, E, F itd.
Kiedy odezwała się pierwsza osoba z zapytaniem o te moje nagrania, skakałam ze szczęścia, jeszcze bardziej niż kiedykolwiek. Niby tylko €20, jedna osoba. Ale dla nas to już były miliony, wygrana, jackpot. Na jedzenie było, na życie. Zaraz po tym odezwała się kolejna osoba i kolejna i kolejna, aż wylądowałam w momencie, gdzie zakładałam oficjalnie firmę, żeby nie było zaraz problemów, oczywiście.

Założyłam stronę na Facebooku, nazwa sama wpadła do głowy: Holendrzyć Każdy Może. Ludzie, aż mi się emocjonalnie robi, bo to nawet nie o pieniądze tu chodzi. Oczywiście z jednej strony tak – projekt uratował nas finansowo. Ale druga strona to to, że w końcu znalazłam swoje powołanie: pisanie, ględzenie, nagrywanie, muzyka, moje ponadczasowe suchary, trochę śmiszków tu i tam, wymyślanie fikcyjnych postaci i sytuacji, organizowanie tego wszystkiego – no dosłownie wszystko co uwielbiam robić. Znowu powróciło uczucie tej prawdziwej mnie, czy jakoś tak. Odzyskałam energię, dostawałam mnóstwo miłych wiadomości od swoich słuchaczy, no przecudowne to było (i nadal jest i to jest najlepsze!)

POLSKA?
Osobiście wierzę w takie ‚magiczne’ momenty w życiu, dlatego też ufam: zawsze się jakoś ułoży, wystarczy tylko w to uwierzyć, ale dodatkowo oczywiście ruszyć głową, jak i okolicami kości ogonowej.
I tutaj też dopadł nas – czyli mnie i Tytusa moment refleksji: czy aby napewno to nie jest ten moment? Teraz mieliśmy już więcej możliwości, bo przecież są audiobooki. A Tytus pracę w Polsce też może znaleźć. Albo jeszcze lepiej: zacząć w końcu też swój projekt z drewnem. Po wielu przemyśleniach, rozpisywania wszystkich plusów i minusów tu i tam padła ta decyzja: przeprowadzamy się do Polski.
Nasze przemyślenia były mniej więcej takie: wszędzie są plusy i minusy. Wszędzie. I czy to zależy od miejsca w którym jesteśmy? A może od własnego nastawienia, a bardziej sytuacji i możliwości, jakie człowiek ma? Konkluzją było to, że każdy ma inaczej. Nie możemy słuchać innych, nie możemy się porównywać, bo co z tego, że ktoś uważa, że w Holandii się lepiej żyje, jak ten ktoś przecież nie jest nami? I co z tego, że nam się w Polsce lepiej żyje, kiedy inni nie są nami. Więc porównywanie się nawzajem nie ma tutaj sensu. My od początku mieliśmy te swoje marzenia i cele, tylko się dygaliśmy, że co jak się nie uda? Co jak będziemy żałować? A może tylko nam się tak wydaje? Właśnie dlatego postaraliśmy się maksymalnie przemyśleć swój wybór. Myślę jednak, że w tej kwestii maksymalnie nie znaczy 100% bo tak spadając znów na kretowisko: nigdy nie zgadniesz co za 10 lat będzie. A co jak będzie wojna czy cośtam cośtam? Coś co nie zależy w ogóle od nas i naszego skromnego nastawienia? Może i nie będzie, skąd mamy wiedzieć. Ale postanowiliśmy: chcemy korzystać z życia ile się da, chcemy tego też dla Benia. Żeby miał i znał swoją rodzinę, spędzał z nimi dużo czasu, żeby mógł budować sobie domek z patyków w lesie, żeby czuł trochę tej wolności, przestrzeni. I to, żeby nikomu się nie tłumaczyć, dlaczego do dziecka po polsku mówię. Osobiście miałam dość tych reakcji od ludzi, bo wiadomo, żyliśmy w Holandii więc logika w tym jakaś jest, faktycznie. Ale padło tu właśnie pytanie: czy ja w ogóle chcę w tej Holandii jeszcze żyć? Tak naprawdę to ta cała koncertowo-eventowa kariera, którą budowałam przez lata – czy to mnie tam aż tak trzymało? Czy to jest ważniejsze od Tytusa i Benia? No, pewnie że nie! Od dziecka marzyłam o dwóch rzeczach: mieć szczęśliwą rodzinę i być sławną piosenkarką. To drugie to udało się w inny troszkę sposób, projekt Holendrzyć Każdy Może spełnia moje oczekiwania, a pośpiewać zawsze jeszcze mogę – wszędzie. A my, jako rodzina, sercem bliżej Polski jesteśmy i tyle.
POWRÓT DO PRZYSZŁOŚCI
I teraz przejdźmy do tego całego celu tej opowieści: nasz powrót. Trochę, widzę, że się rozpisałam, więc jeśli tutaj czytaczu dotarłeś to… brawo Ty! I dziękuję za uwagę 🙂
Zacznę od moich konkluzji czy tam przemyśleń powrotowych:
– Wszędzie znajdziesz ludzi złych i dobrych, powalonych pozytywnie i negatywnie – a więc jeśli by tak patrzeć na otoczenie to nie będę się tym w ogóle nakręcać. W Holandii wielu świrów widziałam, w Polsce też. W Holandii wielu megaprzefajnych i miłych ludzi poznałam, w Polsce też. Więc na to nie patrzę.
– W Holandii zdarzało mi się tęsknić za Polską, w Polsce trochę mniej za Holandią, ale te momenty się zdarzyły. Odkąd wróciliśmy do Polski, kilka razy doła złapałam, przy czym na YouTube holenderkie piosenki sobie DJ’owałam. Ale cóż, w drugą stronę miałam to samo. I jakbym tak miała patrzeć tylko na te słabsze momenty tęsknoty za czymś, to co miesiąc bym się pewnie przeprowadzała. Staram się patrzeć na całość i liczę się z tym, że już na całe życie pozostanie mi to, że mam w sobie trochę Polski i trochę Holandii też. Więc w swój sposób łączę te dwie strony siebie w jedną. Np. stosuję nadal zasadę holenderskiego ‚Niksen’ czyli nicnierobienia i już powoli uczę się, że mam to gdzieś, że otoczenie w ten sam sposób nie żyje. Tak samo, jak w Holandii nikt nie rozumiał jak to można jeść zupę z czerwonych buraków. Zawsze ktoś, zawsze coś, oj tam oj tam – więc.
– Jeśli chodzi o lekarzy, urzędy i takie tam, sprawy, to na początku byłam w nich zielona. Po tylu latach w Holandii, wyjeżdżając z Polski jako 13-latka, skąd miałam wiedzieć co to pediatra czy jakiś starosta albo dlaczego na weselach trzeba dawać kopertę? Takich rzeczy jako 13-latka jeszcze nie znałam. System i mentalność w Polsce różni się jednak trochę od Holandii ale tym bardziej fajnie dla mnie – nowe wyzwanie! Jakbym w obcym kraju była, tylko język znała. Jak dla mnie gitara 🙂
– Wracając do urzędów: super zabawa! Zabawa, pytasz? Tak, właśnie to. Nigdy nie wiesz na jakiego urzędnika trafisz, a ja sobie zawsze urządzam cel: chcę zobaczyć, czy taką bardzo poważną panią czy pana da się rozweselić. I serio, ani razu nie zawiodłam! Zawsze jakoś żarcikiem, komplementem (najlepiej działające) i jednak ta osóbka za tym biurkiem w końcu się uśmiechnie. Mówię tu oczywiście o tych stereotypowcach, bo trafiam bardzo często na już samych od siebie miłych i uśmiechniętych ludzi.

– Wracając do lekarzy: czy znacie ten taki też w sumie stereotyp? W sensie, że idziesz do lekarza bo dziecko ma gorączkę i wychodzisz z receptą na 10 różnych leków? Co do antybiotyków to tak już mniej tego w Polsce, z tego co zauważyłam. Ale kilka razy dałam się nabrać na taką receptę i wydawałam w tej aptece za każdym razem po 200-300zł. W pewnym momencie myślę sobie: ‚Chwila, chwileczka. Czy w Holandii tak samo bym tyle leków dostawała?’ i tu przypomniała mi się złota zasada holenderskich lekarzy: tylko Paracetamol i jeśli gorączka utrzymuje się do max 3 dni to nie ma co panikować. Dłużej niż 3 dni? Trzeba sprawdzić czy nie ma zapalenia czy czegoś w tym stylu. Oczywiście, że nie będę tak do końca ufać sobie, bo lekarzem nie jestem. Do lekarza sprawdzić pójdę, ale z dystansem, jak coś. Kiedy np. dziecko ma 37,5 stopnia gorączki to nie będę przecież pchac w niego 10 różnych leków. No i jeszcze druga sprawa jest taka: nie każdy lekarz w Polsce taki jest, tak samo jak w Holandii nie każdy ignoruje. Udało mi się w końcu znaleźć tutaj panią lekarkę, która jest połączeniem tych dwóch typów, co dla nas jest idealne 🙂

Jeśli chodzi o mnie i o moje rozdwojenie mentalności – jest ok. W głębi duszy bałam się tej zmiany, ale ciągle powtarzałam sobie, że do odważnych świat należy, że co to za życie bez podjęcia działania w kierunku spełniania swoich celów życiowych. I w końcu się okazuje, że Polska naprawde mi służy. Czuję się pewniejsza, zrobiłam prawo jazdy (wiem, że to dla innych może pikuś, ale ja kilka lat temu bałam się wyjść z domu). Idąc do ludzi, do sklepu, załatwiając sprawy, czuję się.. jakby to ująć – nie-niewidzialna? Czuję się.. sobą, tak ciutkę bardziej. A idąc na spacer do lasu, na kawkę do Babci, Cioci czy rodziny Tytusa, czuję, że należę do ‚stada’.
Tak analizując siebie samą, dochodzę też do wniosku, że wyjeżdżając w młodym wieku za granicę, Polska pozostała dla mnie miejscem dzieciństwa, zabawy, beztroski. Więc tak może psychologicznie patrząc, to dlatego czuję się tutaj najlepiej. Mogę się mylić, bo tej cholernej Psychologii przecież nie skończyłam. Ale co mnie powód obchodzi tak naprawdę. Wiem tylko jedno: przez te ostatnie lata, które tu powyżej opisałam, nauczyłam się, że właściwą energię znajdę w sobie tylko jak będę się dobrze czuć. A blisko rodziny, z ludźmi których kocham, blisko natury i swojej beztroski najlepiej zadziałam dalej. I nie myślę tu tylko o sobie. Dobrze wiem, że ‚Szczęśliwy rodzic = szczęśliwe dziecko’ i staram się jak mogę, by dać Benkowi to co najważniejsze.
PIERWSZY MARCA

A teraz wracając jeszcze do nas, tak ogólnie: dziś mija dokładnie rok od naszego powrotu. Jak się mamy jako rodzinka? Świetnie! Tytus to teraz Woody (The Woody Artist) – tworzy ile się tylko da z drewna, a ja się na te stoliki napatrzeć nie mogę. Benek cieszy się z rodziny, ze swojego stada, że tak to pozwolę sobie ująć, my rodzice też. Chodzimy na spacery do lasu – idealny sposób na wyciszenie się. Czujemy jakoś bardziej to życie. Oczywiście mamy trochę zapitol, nieraz po nocach działamy z drewnem czy audio, ale już rok dajemy radę z tego wyżyć, więc miło jest mieć satysfakcję z tego, że robimy to co naprawdę kochamy, w miejscu które kochamy, z ludźmi których kochamy. Bo to, moi drodzy, jest w mym życiu najważniejsze.

Idealnie nie jest zawsze, mamy też swoje wzloty i upadki, ale jak już wspominałam: to można mieć wszędzie. W końcu ludźmi jesteśmy, nie komputerami (chociaż i one mają swoje słabsze i mocniejsze momenty 🙂 Staramy się, chyba jak każdy, ogarnąć to dziwne stworzonko zwane życiem 🙂

Konkluzja?

Tak. Po roku jestem bardzo zadowolona z tej decyzji. Co będzie dalej – nigdy nie zgadniemy.

Dziękuję pięknie za uwagę i cierpliwość!
Się kłaniam i życzę spełnienia marzeń oraz pięknego życia Tobie życzę, czytaczu.
Z poważaniem,
Mary Syll