Kiedy miałam trzynaście lat i dopiero zaczęłam mieszkać w Holandii, przez pierwsze miesiące nie miałam za dużo znajomych. Zaczęłam chodzić do szkoły holenderskiej, a języka jeszcze nie znałam. Polaków było tu mało, więc większość czasu spędzałam w domu. Facebook jeszcze nie istniał, można by pomyśleć, że okropnie się nudziłam. A szczególnie widząc moją codzienną aktywność na Facebooku w dniu dzisiejszym.1501698_10203208271305709_267490182_n
Jednak nie. Nie nudziłam się. Jako osoba posiadająca szeroką wyobraźnię, siedziałam całe popołudnia i wieczory w swoim pokoiku, marząc o byciu gwiazdą. Słuchałam holenderskiego radia, z którego nagrywałam piosenki na kasetę magentofonową, po czym tańczyłam i playbackowałam w pokoju, udając że występuję na polskiej scenie muzycznej, np. w Sopocie albo na Woodstocku. W tej chwilii to nie Christina Aguillera śpiewała Genie In A Bottle. Nie, to byłam ja.

Poza byciem gwiazdą popu, zajmowałam się też recenzjami, wywiadami i wmawiałam sobie, że jestem redaktorką Pudelka, i to w czasach zanim pojawiło się GaduGadu.
Pisałam więc jakieś głupie plotki o Britney Spears i Justinie Timberlaku. Do tego rysowałam zdjęcia które niby były zrobione przez Papparazzi. Tak, rysowałam. Hmm mogłam wyciąć z czasopisma ‚Dziewczyna’. Że też teraz dopiero na ten pomysł wpadłam. Ale mądra jestem. W każdym bądź razie: marzyłam o tym co teraz mam: śpiewam, występuję (może jeszcze nie na Woodstocku ale wszystko może się zdarzyć) i piszę: piosenki i tego bloga. Mogła bym zająć się teraz plotkami o artystach i prowadzić własnego Pudelka na stronie mypolacy.nl. Ale nie zrobię tego, bo przez pracę za kulisami i życiu w świecie artystów, muzyków itd. dowiedziałam się, że to co Papparazzi robią jest okropne. Artyści to też ludzie, mało się zdarza że mają to królewskie życie jak nam się wydaje. Naprawdę ciężko pracują i także mają swoje życie prywatne które trzeba szanować.

Ponieważ mam kilka ciekawych opowieści zza kulis, z którymi myślę że mogę się z Wami podzielić, opowiem Wam o śmiesznych i lekko dziwnych sytuacjach, z którymi się spotkałam.

W czasach kiedy pracowałam na festiwalu zwanym Lowlands, który odbywa się na terenie Walibi (Flevoland), po kilku latach okazało się że ta bransoletka, którą dostaję co roku, daje mi wstęp za kulisy. Po kilku latach męczenia się w kolejkach i tego typu sytuacjach, odkryłam ten raj: backstage. Wszędzie kawa, herbata, woda, różnego rodzaju soki, kanapki. Wszystko za darmo, same luksusy. Od pierwszej sekundy pokochałam to miejsce. Chociaż aż tak spokojnie tam nie było. Panowie w czarnych koszulkach z różnymi nazwami zespołów, festiwali czy tras koncertowych ciągle byli w biegu. Tu przewozili jakiś kawałek sceny, tam jakieś lampy. Tu znowu jechał jakis znany artysta z którym po drodze prowadził ktoś wywiad. I pełno pracowników: tych co stali za barem, ludzi od marketingu, reklamy i tych którzy gotowali jedzenie. Ale ja siedziałam sobie i obserwowałam wszystko dookoła. Interesowało mnie to. Nie wiedziałam jeszcze co chce w życiu robić a tu było tyle ciekawych zawodów. Do koloru, do wyboru.

selfie z ub40

Selfie z UB 40

Pewnego dnia usiadłam z tyłu sceny, na której w danym momencie występował Snoop Dogg. Jakaś grupa ludzi przechodziła koło mnie i podsłuchałam jak sobie nawzajem opowiadali, że Snoop dostał kwiatka Marihuany od kogoś z publiczności. ‘Takie coś tylko w Holandii’ – pomyślałam. Po czym zaczęłam się zastanawiać jak ten ktoś tego kwiatka wniósł do środka. Przecież tam tylko ochrona – tak przetrzepują bagaże. Tabletkę XTC by znaleźli, kwiatka o wysokości conajmniej 30cm nie? Nie mogłam tego pojąć. I doszłam do wniosku, że ktoś musiał mieć wstęp za kulisy lub był to trik marketingowy. Coś się za tym kryło.
Po dwudziestu pięciu minutach rozmyślania o głupim kwiatku, Snoop Dogg wreszcie wyszedł z przebieralni. Czekała na niego taksówka, żeby zawieźć go do hotelu. Popijając herbatkę, obserwowałam następną sytuację: grupa ludzi, było ich chyba z piętnaście. Na czole napisane: ‘Fani Snoop Dogga’. Blokując dojście do taksówki, stali i darli się, że chcą autografy, że oni kochają, uwielbiają, wręcz przepadają za gościem. Snoop Dogg chyba potrzebował megaspokoju bo jego menadżer zrobił tak: poprosił całą grupę ludzi by staneli gotowi do zdjęcia, które ujawni się póżniej na oficjalnej stronie Snoopa. No więc, pełna entuzjazmu grupa młodych fanów zaczęła pozowanie. Doszedł jakiś Pan z kamerą wideo. Teraz mieli wszyscy zawołać głośno ‘We love Snoop Dogg’ – i to również miało trafić na stronę. W momencie kiedy oni cieszyli się z tego pięknego momentu, Pan Dogg zakrył się zielonym kwiatkiem i za ich plecami wskoczył w taksówkę która zwiała z tego miejsca niczym jakiś Batmobile. Kilka miesięcy później obczaiłam stronę Snoop Dogga, tak z ciekawości. No dobra, przyznam się: pomyślałam że może i mnie tam widać gdzieś z tyłu, na zdjęciu. Zdjęć, ani filmików nie było. Czyli wychodzi na to że Pan menadżer jest bardzo mądry i wie jak odwrócić uwagę fanów, żeby artysta w spokoju dojechał do hotelu lub coffeeshopu, no tak, oczywiście. Zaciekawiło mnie to już wtedy: te triki, jak to wszystko działa. Nic, obserwowałam dalej, na następnych festiwalach i koncertach.

Zdarzyło mi się pracować na koncercie zespołu Lordi, którego chyba wszyscy znamy z Eurowizji 2006: Hardrock Hallelujah, pamiętacie? Mieli maski i nikt nie mógł widzieć ich twarzy, a ja się pochwalę: zobaczyłam.
Podpisałam kontrakt i nie moge więcej powiedzieć, a już tym bardziej pokazać Wam zdjęć, których zresztą nie mam bo nie wolno było robić.
Panowie z Lordi i ich crew przyjechali już o godzinie 10:00 rano co oznaczało że ja i reszta pracowników mieliśmy być na miejscu już o godzinie 8:00. Pracować musieliśmy do 3:00 w nocy, ale obiad był zapewniony: pizza, pizza i jeszcze raz kawa.
Menadżer był nawet miły, aż za miły chyba bo przyjechały dwie dziewczyny. Piszczały do bólu uszu. Powiedziałam im, że muszą poczekać aż otworzymy drzwi, kasę i że muszą zapłacić za bilet, a one nie mogły się przestać drzeć i w ogóle nie usłyszały co mówiłam. Ba! One mnie nawet za powietrze wzięły. W końcu poszłam zirytowana do kierownika sali i on przejął sprawę. Menadżer, któremu już w między czasie budowaliśmy własne ‘biuro’, rzucił okiem na dziewczyny i wpuścił je do środka. Okazało się, że przejechały już całą Europę żeby zobaczyć ten zespół na żywo, znały wszystkie piosenki. Były to ‘Fanki do bólu’ – tak je nazwałam. Na szczęście przestały piszczeć i okazały się być bardzo miłe. Ulżyło.579855_4374133829616_1798133429_n
Podczas pracy dla Lordi, jak wspominałam, musiałam podpisać kontrakt. Nie chodziło tylko o twarze pod maskami. Było też coś co mnie…zdziwiło… no, normalnie trochę zatkało. Przez całe 19 – słownie dziewiętnaście – godzin pracy musiałam być w pobliżu zespołu. Gdybym tylko wyszła do toalety czy na zewnątrz, a zespół by mnie w tej chwilii potrzebował, dostałabym – a nawet nie ja tylko sala koncertowa – dużą sumę pieniędzy do zapłaty – taka kara. Co oznaczało, że przez dziewiętnaście godzin siedziałam w ciemnościach gdzie budowałam scenę, nosiłam instrumenty i modliłam się, żeby te dwie znowu nie zaczęły piszczeć. Jakoś przeżyłam, udało się. Kary nie było, mimo że momentami niegrzecznie łamałam zasady i wychodziłam.

Przez te kilka lat odkryłam tą chamską prawdę o życiu artystów. Jako nastolatka myślałam, że jak jest się sławnym to ma się wszystko. Dosłownie wszystko. No, dziwki i koks – to na pewno się niektórym udało.  Ja wyobrażałam sobie życie jakie widzimy w filmach: villa, limuzyny z szoferami, służbę, jaccuzzi i nic nie robić, jak w telenoweli albo coś. Raz na rok trasa koncertowa i tu i tam jakieś nagrania w studio. Wydawało się to w moich marzeniach takie proste. A jak się tak już wgłębiłam w rzeczywistość to okazało się że tak: może niektóre gwiazdy mają takie życie. Podejrzewam że taka Rihanna ma tą villę, jaccuzzi i limuzynę, ale ta trasa koncertowa czy nagrania w studiu to nawet dla niej nie są wypadami na kawę i na pewno nie jest to proste. Do tego każdy jej krok, nawet w życiu prywatnym, jest ryzykiem dla jej kariery. Mam znajomego, perkusistę zespołu Fall Out Boy.  Jego dom pokazany był w MTV Cribs i jak się domyślacie: typowy, przestrzenny dom amerykańskiego gwiazdora. Był tu w Holandii z zespołem, kilka lat temu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam z czego jest znany i że w ogóle jest znany, więc nie zdziwiły mnie za bardzo okoliczności. Okoliczności były takie że chłopaki, po koncercie, nie pojechali do żadnego hotelu. Przez całą noc musieli czekać w zimnie aż szofer ich touringbusu się wyśpi, bo takie są przepisy: nie mógł prowadzić bez przerwy na sen, a hotel się nie opłacał bo o 4:00 nad ranem już musieli jechać dalej, do Niemiec. 12523139_10208043645627045_1283039356215993278_n
Perkusista mojego zespołu grał kilka lat temu dla znanego w Holandii, symofniczno-metalowego zespołu Delain. Jeździli w trasy po całym świecie. Występowali z m.in. Nightwish, Rammsteinem, After Forever. Spytałam go jak to jest. Zaczął opowiadać. Mieli tyle ludzi dookoła siebie, że fortuny na pewno nikt na tym nie zarobił. Był ktoś od świateł i sztucznych ogni, był ktoś od nagłośnienia, menadżer, cały zespól, ktoś od sprzedaży koszulek. I tak leciało. W końcu mieli tyle ludzi włączonych w ten projekt, że z całej światowej trasy koncertowej nie dało się przeżyć dłużej niż miesiąc. On akurat opuścił zespół bo ma swój dom, żonę i dzieci. Postanowił pójść do pracy i żyć na spokojnie i nie martwić się o utrzymanie rodziny. Dalej sobie gra na bębnach. Ma projekt we Włoszech – tam z jakimś producentem i nagrywa vlogi i buduje swoje studio muzyczne. Niektórzy więc wybierają świadomie ten spokojny tryb życia.
Kiedy mi to opowiadał, moje oczy zmieniły się w ‘wypłosza’. Dla mnie, osobiście, był to moment uświadomienia, że nie mam po co dalej iść, jeśli chodzi o karierę muzyczną więc po jego opowiadaniach zrezygnowałam z wszystkiego i poszłam na studia psychologiczne. Pomyślałam, że skoro to aż tak dużo energii i czasu kosztuje i że długo to może potrwać zanim kupię sobie za to zmywacz do paznokci czy waciki, po prostu to rzucę i zajmę się czymś innym. I tak jak on: wpadłam w czarną dziurę i jedyne co mnie z niej mogło wyciągnąć to granie dalej. Muzyko: I can’t live, with or without you.

I jak zwykle, zboczyłam z tematu. Przyzwyczajacie się już do mojego chaotycznego pisania? Nie? Powoli. Jak mówi takie holenderskie powiedzenie: ‘Do wszystkiego się przyzwyczaisz, tylko nie do chłopa.’ (Alles went, behalve een vent) 🙂

Ok, lecimy dalej, bo ja z ględzeniem jeszcze nie skończyłam.

Co tam jeszcze widziałam za kulisami. Hmm ach, tak. Było jeszcze to: jest też taki znany trik menedżerów. Przynajmniej, spotkałam się z tym jak narazie tylko u holenderskich artystów. Przed koncertem menadżer zawsze wysyła tak zwany Tech. Rider. W tym dokumencie napisane są wszystkie informacje: co artysta sobie życzy, jak wygląda jego crew, co oczeukją od sali czy sceny. Narysowane jest nawet dokładnie co ma być na scenie. Na szczęście istnieją te obrazki, bo w nazwach mikrofonów czy rodzajach piecyków do gitar to ja się zawsze gubię. Nie wspominając już o różnych kablach. Chociaż zaczynam ostatnio rozumieć o co chodzi.
11913879_10207099450622760_3651828186275686798_n No więc, w takim technicznym riderze wytłumaczone jest co artysta chce mieć w swojej przebieralni, a ponieważ moi współpracownicy – czyli Panowie w czarnych koszulkach z napisami festiwali czy zespołów – przeważnie się ze mnie śmiali jak niosłam całą perusję – sama, chyba mi nie ufali i bali się że jakiś instrument mi spadnie bo wyglądałam jak pięcioletnia chudzinka z domu dziecka, dostawałam właśnie zadanie: przygotować kawę, herbatę i co tam jeszcze artysta chciał w przebieralni. I spotkałam się z nieco dziwnymi życzeniami. Były na przykład ‘tylko niebieskie m&m-sy’. Więc siadłam sobie przy stole i wybierałam tylko te niebieskie z opakowania pełnego kolorów. Albo był ‘bicz’. Tak, dobrze czytacie. Bicz. Musiałam iść do sexshopu i kupić bicz. Po czym uciekałam zza kulis, bo się bałam tego, co tam się mogło dziać.
Co się póżniej okazało: to był tylko trik. Dzięki temu menadżer sprawdzał czy my, jako pracownicy danej sali czy festiwalu, nie przygotowujemy standardowej listy zakupów. Czyli że przebieralnia jest dopasowana do danego artysty. Dalej tego do końca nie rozumiem, ale dobra. Tak mi ktoś, kiedyś tłumaczył.
Raz, na festiwalu ganiałam po osiedlu w pobliżu. Od domu do domu. Pytałam ludzi czy mają pożyczyć żelazko bo zespoły się ze sobą nawzajem pokłóciły: perkusista znowu nie wyprasował koszuli. Podczas koncertu UB40 menadżerka spytała mnie o przyniesienie ręczników na scene. Więc wzięłam i przyniosłam. Wysłała mnie z powrotem, żeby wymienic ręczniki na czarne. Chyba dlatego, żeby nie było ich za bardzo widać na scenie. Nie wiem. A tak się najpierw cieszyłam że dobrałam kolory reggae.

MOJE WPADKI SCENICZNE

Opiszę Wam dodatkową historię o wpadkach. Moich własnych. Swoje kilka lat na scenie muzycznej już mam i powiem tak: popełniłam tyle błędów że właśnie dzięki nim idę do przodu. To dzięki nim poczułam się jak Bridget Jones. Zacznijmy.
W roku 2011 holenderskie Radio 5 zaprosiło mnie na wywiad. Napisałam wtedy 3 piosenki i ponieważ wspomniałam o nich w wywiadze dla Miss Poland In Holland, ludzie z radia się zainteresowali. Był to program o obcokrajowcach z różnymi pasjami więc pasowałam do materiału.
Przyjechałam z koleżanką, żeby robiła zdjęcia. W końcu był to dla mnie pierwszy raz w radiu. W czasie gdy czekałam na wywiad, zaproponawno mi coś do picia. Troszkę się  stresowałam, alkohol mogłby pomóc (tych naiwnych myśli szybko się oduczyłam, apropo) Pomyślałam że jak napije się kilka łyków piwa to nic mi nie będzie i nawet luźniej zacznę gadać. Gdy już siadłam przed mikrofonem, w praktyce okazało się to nie było najlepszym pomysłem. Przecież od piwa chce się bekać. Przesiedziałam cały wywiad wstrzymując powietrze w brzuchu. Wzdęcie na maksa. Myślałam, że nie przeżyję tego wywiadu. Tak więc, następnym razem, gdy byłam w holenderskiej telewizji, postanowiłam poprawić błąd: napiłam się białego wina. Faktycznie, lepiej było, bekać się nie chciało. Wszystko pięknie, ładnie, ale kiedy wyszłam na żywo w tv, przed kamerami i musiałam zejść ze stromych schodów i to na szpilkach, myślałam że szlag mnie trafi. Nagle mała faza uderzyła. Na szczęście się nie przewróciłam ani nic głupiego (chyba) nie powiedziałam. Było ok. Jak oglądam ten kawałek to widzę sama po sobie, po moich oczach, jak tam siedzę i marzę i staram się słuchać i odpowiadać. Po tych dwóch wywiadach postanowiłam nigdy więcej nie pić alkoholu przed żadnymi występami. A! Nie! Nie tylko po tych dwóch. Był jeszcze trzeci: mój pierwszy koncert w Holandii. Taki stres że wypiłam 7(!) piw. Nie dość że znowu wzdęcie to jeszcze fałszowałam i za dużo gadałam. Tak dużo że ludzie wołali: ‘Zamknij się i graj!’ Nigdy więcej. Tak właściwie to nawet prywatnie już nie pije alkoholu. Mam za słabą głowę na to i zawsze narobię sobie przez to jakiś kłopotów. Lekcja życiowa, dosłownie. I żeby nie było: nie jestem pijaczką-alkoholiczką, nie nie. Ogólnie teraz to już wcale nie piję alkoholu, przestało mnie to bawić – chyba po tych właśnie sytuacjach: alkohol zamiast pomóc to wszystko mi chrzanił 🙂

Następna moja wpadka była taka: zaczęłam występować elektronicznie. To znaczy, że miałam na laptopie podkłady własnych piosenek. Laptopem sterował mój producent, który dogrywał na żywo na synthesizerze. Laptop był mój – i tu był błąd. Ja i sprawy techniczne to masakra. Dzięki temu mój laptop wielokrotnie się zaciął na koncertach przez co ja gubiłam tekst, melodie, w ogóle nie wiedziałam gdzie jestem i co się dzieje. Raz nawet zaczęłam playbackować bo sama, głupia, wstawiłam całe piosenki – razem z wokalem – zamiast podkładów. Kiedy zaczynałam śpiewać, okazało się, że już mnie słychać: w nagraniu.

Jednej sytuacji najbardziej nie zapomnę: stoje na scenie, śpiewam sobie moją Lucy, ludzie się uśmiechają. Ja tańczę, wołam coś do nich. Wszystko fajnie. Tak się cieszyłam, że w publiczności taki entuzjazm. Koniec piosenki, odwracam się w stronę perkusji żeby złapać butelkę wody i napić się. Patrze a tu spódniczka którą miałam na sobie, podwinęła mi się do góry, aż do pępka. Wstyd na maksa. Na szczęście intuicja podpowiedziała mi wcześniej już jak się uratować: ubrać spodenki – na wypadek gdyby. Więc aż tak, na szczęście, się nie ‚ujawniłam’ – że tak powiem.
Ach, i ta jedna, już ostatnia wpadka moja. Zdarzyło się to w tym roku. Grałam koncert, tym razem z zespołem bo laptop zawalił sprawę, a z chłopakami z zespołu lepiej się dogadałam. Stało przede mną około 300 ludzi. Było super, dałam czadu na scenie, jak prawdziwa rockstar le madam. Przynajmniej, tak się czułam. No i znowu, to samo: śpiewam, tańczę, bailando. Koniec jakiejś tam piosenki i biją brawo. Ci wszyscy ludzie biją brawo. Jak mi się miło zrobiło. Postanowiłam powiedzieć coś śmiesznego, żeby dać im jakiś entertainment, a że dzień wczesniej oglądałam kawałek kabaretu Neo-Nówka, pomyślałam że nie będę ryzykować moimi sucharami i odgapię jeden żart. Byłam pewna, że ludziom się spodoba. Mi się podobało jak oglądałam kabaret. Więc tłumaczę w myślach na holenderski i lecę: ‘jak to Meksykanie mówią: Merci’. A tu, no nie, nie mogło tak być: cisza na sali. Taka cisza jak w kościele, jak się wszyscy modlą. Słychać było faktycznie jakieś szepty, tam z tyłu. Bo co, bo jak Neo-Nówka to powie to jest śmieszne, a ja? To co? Czy to mój ton? Czy powiedziałam za szybko? A może za wolno? Kiedyś będę musiała zaakceptować, że ja po prostu śmieszna nie jestem. Ale jeszcze nie teraz. Teraz uczę się jeszcze na błędach. Wiecie co? Błędy piękne są. Zobaczmy je tak z innej strony. Nie od tej strony Papparazzi. Jak jakiś artysta coś głupiego zrobi to wszyscy od razu walimy stopami o podłogę bo nie możemy się doczekać żeby opowiedzieć o tym sąsiadce. I wyśmiewamy, bo to przecież ktoś znany – musi ten ktoś przecież być idealny, nieprawda? To musi być ta osoba z obrazka, okładki i nie może być człowiekiem? Nie. Ja lubię błędy artystów, a tak właściwie ludzi. Są piękne. To dzięki tym błędom stajemy się tym kim jesteśmy, tym człowiekiem takim – po prostu, no, osobą. Taką jak Ty czy ja czy Zośka z ośki.

A teraz kończę tę emocjonalną gadkę i ide umyć naczynia. Do następnego 😉

Mary Syll